wtorek, 27 stycznia 2015

...w naszym życiu nie ma magii...


Bardzo długo zwlekałem z obejrzeniem tego filmu. Nominacja do Oscara zmusiła mnie w końcu do przełamania swojej niechęci. Podjąłem się tego dzisiaj o 6 rano :). Wielu mi mówiło, że mnie znudzi. Pomyślałem - obudziłem się w środku nocy, zasnąć nie mogę więc może to będzie lekarstwo i dzięki niemu padnę na poduszkę... Nic bardziej mylnego, film tak mi się podobał, że obejrzałem go bez żadnej przerwy, a trwa on przecież całe 2 godziny i 43 minuty...

Reżyser Richard Linklater w swoim nowatorskim projekcie przedstawia życie lekko nierozgarniętego życiowo i emocjonalnie Masona (Ellar Coltrane) oraz jego bliskich: nieudacznej matki (w genialnej roli Patricia Arquette), weekendowego ojca (Ethan Hawke) i Samanthy - "mam wszystko w dupie" siostry (Lorelei Linklater). Całość historii dzieje się na przestrzeni 12 lat - od momentu kiedy Mason ma 6 lat aż do lat 18 kiedy decyduje się pójść do college'u. Jest to niezwykła, momentami sielankowa i lekka opowieść o prawdziwym życiu...

Film Linklatera to opowieść bez określonej fabuły, za to w określonych ramach czasowych. Reżyser nagrywał film przez kolejnych 12 lat - co jest nowością na światową skalę. Co roku spotykał się z tą samą ekipą i dodawał kolejne fragmenty do filmu, tworząc niesamowitą całość. To niewiarygodne, że całość powstała w zaledwie 45 dni. Jak wspominałem nie uraczymy tu przemyślanej fabuły, zwrotów akcji czy fenomenalnej gry aktorskiej. Wszystko jest tak naturalne, jakby się oglądało życie sąsiada zza ściany. Miałem nieodparte wrażenie, że obraz ten jest podobny do niektórych amerykańskich seriali tj. "Siódme niebo" czy "Cudowne lata". Wydaje się, że twórca wzorował się na życiu Kevina Arnolda, lecz w swoim filmie chciał zmieścić dojrzewanie Masona w niecałych trzech godzinach. Wg mnie wyszło mu świetnie. Jest to opowieść o prawdziwym życiu - dojrzewaniu, przemijaniu, relacjach międzyludzkich, przemianach wewnętrznych i radzeniu sobie z problemami. Obraz skonstruowany i zmontowany jest w sposób mistrzowski. Nie sposób zauważyć kiedy nastał kolejny rok w życiu głównego bohatera. Rośnie i zmienia się Nam w oczach, a widz przestaje doszukiwać się kolejnej sceny, ażeby sprawdzić kiedy reżyser dokleił kolejny rok w filmie. Poprzez sposób montażu historia jest niesamowicie płynna i o dziwo nie zwraca się uwagi co Nas ominęło pomiędzy kolejnymi latami. Jako, że przedstawia prawdziwe życie, amerykańskiej rodziny, nie sposób przewidzieć co zdarzy się dalej. To podobało mi się chyba najbardziej. Warto też zwrócić uwagę na grę aktorską Patricii Arquette, niekiedy drażni swoją postawą do życia, ale rola wspaniała.

Kolejny film walczący o statuetkę zaliczony. Bałem się i niepotrzebnie, bo było warto. Nie sądziłem, że taki obraz przypadnie mi do gustu, a jednak. Film mógłby trwać aż do śmierci głównego bohatera, czyli jakieś kolejne 6 godzin. Myślę, że w ogóle bym tego nie zauważył, tak "Boyhood" mnie pochłonął. Dla mnie 8/10. Warto go obejrzeć dla samego doświadczenia tego nowatorskiego kina. Na przestrzeni 12 lat widzimy dorastanie i starzenie się tych samych bohaterów, przemiany jakie w nich zachodzą i do tego spokojną atmosferę, która w nieokreślony sposób koi nerwy... Polecam!

4 komentarze: